niedziela, 21 czerwca 2015

rozdział 8 ból pozostawia blizny których nie jesteśmy w stanie się pozbyć

Piotr
Jak przez mgłę docierały do mnie dźwięki poranka. Popatrzyłem na budzik. Była 7:30. Cholera! Przecież ustawiłem alarm na półgodziny wcześniej. Ciekawe czemu nie zadzwonił? Wstałem i pobiegłem się ubrać. Wypiłem kawę. Zrobiłem sobie jakąś kanapkę i z nią w ręce pobiegłem do samochodu. Pojechałem do pracy.
Na szczęście wpadłem do budynku minutę przed ósmą szybko poleciałem się przebrać. W drzwiach szatni minąłem Martynę. Powiedziałem jej cześć ale nie odpowiedziała. Była jakaś zadumana.




Martyna
Obudziłam się rano z okropnym uczuciem. Dobrze je znałam. Po prostu wiedziałam że nie mogę nic zrobić żeby jej pomóc. To było straszne. Wreszcie zwlekłam się z łóżka. Podreptałam ubrać się do łazienki. Ubrałam się w jakąś koszulkę i spodnie. Poszłam do kuchni. Nie miałam ochoty jeść więc zaczęłam robić sobie tylko kawę. Nagle usłyszałam trzask. Dopiero po chwili dotarło do mnie że upuściłam. Trochę się przestraszyłam. Normalnie kiedy coś tłukę, a zdarza mi się to często, wiem że to zrobiłam. Popatrzyłam na zegarek. Było już późno. Szybko wypiłam kawę. Pobiegłam po rower i pojechałam do pracy.


Poszłam się przebrać. Przy wyjściu z szatni minęłam Piotrka. Chyba powiedział mi cześć. Nie wiem. Nie słyszałam go. Nic do mnie nie docierało. Chwilę później mieliśmy wezwanie.


Dojechaliśmy na miejsce. To był wypadek autobusu. Było kilkunastu poszkodowanych. Wreszcie wszystko wróciło do normy. Wszystko do mnie znów docierało. Biegałam od jednego rannego do drugiego. Każdego trzeba było opatrzyć. A ja wreszcie zapomniałam o swoich uczuciach. Nie czułam tej wszechogarniającej pustki. Byłam komuś potrzebna. Miałam ochotę krzyknąć że jednak się do czegoś nadaje. Mój ojciec jednak nie miał racji. Szkoda że akcja trwa tak krótko.


Dowieźliśmy ostatniego pacjenta do szpitala i tam przejęła go Marta. Zostały mi jeszcze 3 godziny dyżuru a ja chciałam być kompletnie gdzie indziej.




3,5 godziny później
wreszcie dojechałam do szpitala. Dzisiaj mieliśmy taką ilość wezwań że nie miałam siły na absolutnie nic. Poszłam do sali ani. Ale jej tam nie było. Znalazłam lekarza oddziałowego.
- Proszę pana! - Zawołałam - Gdzie przenieśli panią Annę Nowak?
- Może pójdzie ze mną pani do pokoju lejarskiego? Porozmawiamy.
Co miałam robić? o Poszłam. Weszliśmy do środka. Usiadłam na krześle.
- To co chciał mi pan powiedzieć?
- Ta pani nie żyje. dzisiaj w południe.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż niejeden huragan. Nie żyje. Jak to! To nie możliwe! Wybiegłam z tego pokoju, ze szpitala. Po prostu biegłam. W końcu usiadłam na ławce w parku. Zaczął padać deszcz. Po moich policzkach spływały łzy. Wtedy zobaczyłam Piotra. Szedł sobie spokojnie a nagle zaczął biec.




Piotr
Nudziło mi się w domu więc wyszedłem na spacer. Szedłem parkowymi alejkami. Nagle zaczął padać deszcz. Przyspieszyłem. Wtedy zobaczyłem Martynę. Siedziała na ławce i cała mokra płakała. Podbiegłem do niej. Zacząłem krzyczeć.
- Martyna, Martyna
Podniosła głowę i te swoje piękne brązowe oczy. Były pełne łez, bólu i smutku. Nałożyłem na nią moją kurtkę. I siłą zaciągnąłem do mojego domu bo był blisko. Dałem jej coś suchego a ona posłusznie się przebrała. Cały czas miała wzrok wbity w podłogę. Zaparzyłem jej herbaty. Ale ona tylko siedziała na kanapie jak najdalej ode mnie i płakała. Kompletnie nie wiedziałem co robić. Nie nadawałem się na psychologa.


w końcu w akcie desperacji zadzwoniłem do Wiktora. Oczywiście wyszedłem uprzednio z salonu. Na szczęście odebrał.
- Co się stało? - Spytał
- Lepiej żeby pan są to zobaczył. - odpowiedziałem- mógłby pan do mnie przyjechać doktorze? Chodzi o Martynę.
- Będę za pół godziny.


Odetchnąłem z ulgą. Wiktor będzie wiedział co robić. Wróciłem do salonu ona dalej siedziała w tej samej pozycji. Herbaty nie tknęła. Po jakiś dwudziestu minutach Martyna wybiegła z pokoju. Poleciałem za nią. Wpadła do toalety nie zamykając drzwi i zwymiotowała. Potem usiadła na podłodze i zaczęła się spazmatycznie trząść i znów płakać. Na szczęście w tej chwili przyjechał Wiktor z Zosią.
- Co z nią
- Siedziała chyba godzinę to po pana zadzwoniłem a przed chwilą zwymiotowała. Prawie cały czas płakała. Znalazłem ją w parku. W ogóle się nie ruszała. - relacjonowałem - tak wygląda teraz
Poszliśmy do toalety. Martyna dalej siedziała na podłodze i się trzęsła. Zośka już przy nie kucała. Mówiła do niej po imieniu ale Martyna nie reagowała.
- Dobra Piotr zabierzmy ją do salonu
wzięliśmy ją za nogi i ręce. Zaczęła wierzgać. Kiedy donieśliśmy ją do salonu uciekła w kąt kanapy i zwinęła się w kłębek. Zosia była autentycznie przerażona. Prawdę mówiąc ja też. Martyna zawsze była uśmiechnięta i pełna życia. To co miałem przed sobą to była jakaś kompletnie inna kobieta. Co ją musiało spotkać żeby tak się zmieniła. Wiktor delikatnie usiadł na kanapie a ona krzyknęła i odsunęła się jeszcze dalej. W oczach miała takie przerażenie ja zarzynane zwierzę.
- Martyna co się stało - spytał Wiktor
Nic nie powiedziała tylko jeszcze bardziej się odsunęła. Jeszcze kilka centymetrów i spadnie z kanapy. A raczej nie moglibyśmy się do niej zbliżyć.




**************************************************
Mam nadzieje że się spodoba. Myślałam że nigdy nie napisze tego rozdziału. ( ciężko się piszę jak się ryczy) nie wiedziałam że jestem w stanie wymyślić coś tak smutnego. No ale wystarczy poszukać dobrego natchnienia a ja znalazłam aż za dobre :( Wujek Google pomógł ;)





1 komentarz: